Caroline Janice Cherryh
Przybysz
. Księga 1 . Rozdział 4 .
Pojawił się cień McDonougha i zawisł
nad fotelem Taylora, mówiąc, że nie było błędu. Taylor przetworzył tę daną w
informatycznej pustce. Wszystko działo się straszliwie powoli albo wcale. Inne
bodźce w jego otoczeniu nie miały znaczenia. Jego umysł nie dawał się rozproszyć
drobiazgom. Na nawigatora zwrócił jednak pilną uwagę... i spróbował zadać mu
pytanie, chociaż trzeba było niewiarygodnie spowolnić pracę umysłu, żeby
wyprodukować ten złożony dźwięk:
- Co?
Bełkot, dotyk niepowołanych osób, które coś do niego
mówiły. Taylor wyłączył ich głosy, aż znów słyszał tylko McDonougha, który w
nieskończenie powolny sposób oznajmił mu, że uzupełnili paliwo do pełna.
To wymagało przetworzenia: tkwili zatem przy tej gwieździe
kilka miesięcy w czasie rzeczywistym. To były istotne dane.
Następnie nawigator
powiedział, że Greene jest chory, dodał coś o wypadku, o pilotach - górnikach i
członkach załogi zmarłych lub umierających na chorobę popromienną, o pilotach
szkolących swoich następców, którzy, gdy oni umrą, przejmą ich zadania... coś o
gwieździe, do której mieli nadzieję dotrzeć. Nawigator miał dla niego jakąś
gwiazdę, statek był zaopatrzony w paliwo i właśnie opuszczał tę piekielną
okolicę, oddalał się od tego podwójnego potwora, który nieustannie do niego
śpiewał w wolno poruszającej się ciemności. Po raz pierwszy w tej samotnej
wieczności nadeszły nowe dane.
- Punkt - udało się powiedzieć Taylorowi. Potrzebował celu
i McDonough podał mu współrzędne, które nie miały sensu ani w odniesieniu do
linii zerowej, ani do miejsca, gdzie musieli się znajdować.
- Błąd - rzekł Taylor. McDonough powiedział wtedy, że
obrali sobie inny punkt zerowy, tę gwiazdę, że optycznie wykryli możliwy punkt
masy i namierzyli za nim gwiazdę typu G5.
McDonough wyrzucał z siebie kolejne liczby - ulga była tak
wielka, że Taylor się nimi upajał, ale nie przetwarzał danych, wciąż słuchał
McDonougha z boleśnie wytężoną uwagą. McDonough powiedział, że załoga i kapitan
chcą, żeby Taylor wiedział, że zamierzają wykonać skok. Powiedział - tu
McDonough nie był zbyt pewny - że według nich Taylor może mieć świadomość ruchu
statku.
No jasne, że ma. Wszystko poruszało się coraz szybciej.
Miał w zasięgu wzroku nawet punkty danych, i to po kilka naraz. Taylor
powiedział z wysiłkiem, dostosowując się do szybkości McDonougha:
- Mostek. Już.
McDonough odszedł. Dane przestały napływać. Taylor czekał.
I czekał. Czasami wydawało mu się, że minęły lata i że jedynym sposobem na
pozostanie przy zdrowych zmysłach jest czekanie na następny punkt, na następny
usankcjonowany kontakt.
Po długim, bardzo długim czasie, głos McDonougha jednak
powrócił z wiadomością, że kapitan chce go mieć jako pilota na mostku. Pomoże mu
Goldberg. Greene, jak przypomniał McDonough, jest chory. Inoki nie żyje. Zmarł
przed trzema laty. Według ziemskiego czasu.
Dane. Musiał wprowadzić czynnik Goldberga jako wsparcie.
Jego umysł rwał się do biegu. Powstrzymał go. Zaraz nadejdą cyfry. Nareszcie
będą napływały fale danych, misja zostanie podjęta.
Usiadł. Zagłębił się w fotelu. Ktoś powiedział - to był
kompetentny głos, pomyślał, że to Tanaki - że już nie potrzebuje tego specyfiku.
Że teraz jego mózg sam go już wytwarza.
Ciekawe dane. Potem Goldberg zaczął mówić, że dolecieli do
samego piekła, zostawiając Ziemię i Sol daleko w tyle, że wciąż nie wiedzą, jak
się tu dostali, ale że przeszli przez coś, co chyba nie było na stałe związane z
tą gwiazdą.
- Uważaj - powiedział Goldberg. - Słyszysz mnie?
- Tak - odparł Taylor cierpliwie. Cyfry zaczęły się mnożyć.
Zobaczył masę docelową. Miał ją. Tym razem jej nie zgubi.
Był z nim Goldberg.
Wszechświat znów do niego przemawiał, i to z prędkością, którą rozumiał. Wpadł w
strefę przyciągania masy i wyskoczył z niej z beztroskim lekceważeniem
grawitacji. Miał w polu widzenia G5. Goldberg przestał do niego mówić albo po
prostu mówił zbyt wolno, by Taylor go słyszał. Miał przed sobą gwiazdę i sięgnął
do niej, spokojny i pewny, że teraz cyfry są właściwe.
Doprowadził statek do celu.
Wyłączył po kolei wszystkie systemy w blasku żółtego
słońca.
Wtedy poczuł pewność, że może zasnąć.
następny |